wtorek, 22 marca 2016

Wezwanie do sądu. Sprawa o przysposobienie.

Właśnie dzisiaj w południe otrzymaliśmy wezwania. Osobno ja i osobno mąż. 
Niestety nic nie poszło zgodnie z planem i tu wydaje się jakby jednak sąd postawił praktycznie na swoim i wszystko zakończy się tak jak planowali od początku. 
14 marca miała odbyć się sprawa odnośnie regulacji danych Motylka, ale pisaliśmy do Dyrektora Sądu, co już pisałam na poprzednim blogu i do Wydziału Sądowego o przyspieszenie terminu. 
Odpowiedzieli, sprawa odbyła się trochę wcześniej. Uprawomocniła się 27 lutego, jednak w tym wysłano tylko do OA prośbę o ponowny wniosek o przysposobienie, na które to pismo wraz z OA odpowiedzieliśmy bardzo szybko. Mąż specjalnie jechał z podpisanym wnioskiem przez nas, do OA zaraz po otrzymaniu dokumentu i UZASADNIENIEM, które napisałam. 
Niestety telefonicznie wciąż nas zbywali od wysłania dokumentów przez OA, więc postanowiłam ponowić PROŚBĘ o przyspieszenie terminu sprawy o przysposobienie. 
Sąd mógłby przyspieszyć wszystko w trakcie jak NAM OBIECYWAŁ. Mieli ustalić termin ZARAZ PO uprawomocnieniu, natomiast minie półtorej miesiąca. 
Sprawa została wyznaczona na 12 kwietnia. 

Mogła bym książkę napisać o tym, co przeżyliśmy, ile czekaliśmy w niewiedzy, czy aby na pewno RB zostaną pozbawieni praw do naszego Motylka, czy nie wydarzy się nic złego, czy czasem po kilku miesiącach razem nagle RB nie zaczną się ubiegać o odzyskanie jej. Cały ten czas trwał od kwietnia 2015 roku do września 2015 roku, później sprawa po uprawomocnieniu trwała w zawieszeniu, bo przecież okazało się, że z przypadku został utworzone dwa akty urodzenia dziecka. 
Sąd sprawę ODŁOŻYŁ, bo po prostu jak udało mi się nieformalnie dowiedzieć SĘDZIA NIE BARDZO WIEDZIAŁ JAK TO ZROBIĆ, żeby było dobrze. Ale powinien działać. 
Sprawa od września trafiła w listopadzie do Wydziału Cywilnego, który anulował jeden z aktów po napisaniu przez nas właśnie tej PROŚBY. 
Sprawa wróciła do Wydziału Rodzinnego, a resztę napisałam wyżej. 

Tak minął w zasadzie rok, od kiedy jesteśmy razem. 
Dopóki nie otrzymamy aktu urodzenia naszego Motylka z naszymi danymi to nie będziemy spokojni, jakoś ciągle dusi nas to gdzieś i siedzi w nas, a wszyscy rodzice adopcyjni pewnie wiedzą jak to jest kiedy się czeka na akt urodzenia swojego dziecka. Czas biegnie wtedy bardzo wolno. Wręcz stoi w miejscu. 
Z tego wszystkiego nie straszne jest to, aż tak jak fakt, że dziecko jest tylko pod naszą opieką, bo opiekun prawny to ktoś ze stron, gdzie odbywa się sprawa (150 km od nas), dziecko nasze do dnia dzisiejszego pozostaje bez ubezpieczenia, bez numeru PESEL i dopiero nieformalnie dowiedzieliśmy się nie tak dawno, którego dnia się urodziła faktycznie. 
Były dwie daty, nie wiedzieliśmy, która zostanie. 
Na szczęście wszystko zmierza ku końcowi i wcale się nie nastawiam, że to będzie ostatni raz, bo już poprzednio nastawiłam się tak i NIC Z TEGO nie wyszło. Ciągle coś stało nam na drodze. 
W zasadzie, gdyby zliczyć to wszystko to 3 razy jechaliśmy z zapewnieniem, że to OSTATNIA SPRAWA, chociaż nie wszystko było uregulowane, ale jak pisałam wyżej.. trzeba by było napisać książkę na ten temat. 

Stwierdzamy zgodnie wraz z mężem, że jest wiele luk, nie dopracowanych przepisów, nie sprecyzowanych odnośnie sytuacji takich jak nasza. Powinni nad tym popracować, bo w wielu przypadkach dzieci są porzucane przez rodziców i ślad po nich ginie, a później takie dzieci jak nasz Motylek czekają na adopcję koszmarnie długi czas. I tu wyrazy szacunku jednak dla Sędziego prowadzącego, że jednak mimo niepewnej sytuacji zastosował Preadopcję w naszym przypadku, zadziałał w ciągu tygodnia, a po złożeniu do sądu dokumentów z dnia na dzień z decyzją o umieszczenie ją u nas w domu, jako przyszłych rodziców adopcyjnych. 
Gdyby nie jego decyzja wtedy to pewnie jeździli byśmy do Motylka przez ten rok.. I średnio sobie to wyobrażam głównie emocjonalnie, a co dalej za tym i finansowo. 
Na szczęście w naszej sytuacji mała jest z nami od 18 dnia swojego życia, jednak przeżyliśmy swoje przez kilka miesięcy od kwietnia do września.
Bo wyobraźcie sobie, że każdego dnia byłam z malutką cały czas, od początku jako jej mama, a w głowie miałam myśl, że w każdej chwili może ktoś zapukać do drzwi z informacją, że przyjechał po dziewczynkę, że musimy ją jednak oddać.. Pół roku, dzień w dzień. 
Każdego dnia takie uczucie słabło. Najbardziej jednak bałam się w święta Wielkanocne w zeszłym roku, bo to taki czas wiecie, rodzinny, czas przemyśleń. 
Jak się okazało dobrze się bałam, bo odnaleźli się wtedy małej RB. Coś się wtedy działo, a my nic nie wiedzieliśmy, ale ja czułam przez ten czas taki wewnętrzny ogromny niepokój w sobie. 

Gdzieś w głowie pozostaną te wspomnienia na zawsze, są trudne jak cała nasza droga do Motylka, jednak mimo wszystko gdyby ktoś dzisiaj znając dokładnie naszą historię zapytał, czy zaryzykowali byśmy raz jeszcze to szczerze z ręką na sercu oboje, zgodnie odpowiedzieli byśmy: "Tak, zaryzykowali byśmy, bo było warto! Przecież to była "walka" o naszą córkę, nasz skarb, naszą miłość, nadzieję, sens naszego życia!".

Nie wiem jak to możliwe, wierzcie mi lub nie, ale my oboje od początku, od TEGO TELEFONU wiedzieliśmy, że to nasze dziecko, widzieliśmy ją dopiero w dniu zabrania do domu, a wiedzieliśmy doskonale, że jedziemy po nasze dziecko, choćby nie wiem co! 

Tutaj z książeczką z mojego dzieciństwa.

Dziś za kilka dni minie rok. 
Wspaniały to był czas. Wyjątkowy, szczęśliwy, niezapomniany. Czas na który czekaliśmy wspólnie ponad 7 lat, bo tyle trwa nasze małżeństwo, przeżyliśmy w tym czasie wiele i dziś wiem, że to była nasza droga do szczęścia, droga do Amelki, droga do sensu naszego życia jakim jest bycie jej rodzicami :) .

Mam nadzieję, że 12 kwietnia sąd orzeknie, że jesteśmy jej rodzicami zgodnie z prawem.
Niech to się już zakończy. 
Czas cieszyć się tylko i wyłącznie sobą. 
Kocham moją rodzinę <3 .

Dzisiaj rozmawiałam z Panią, która prowadziła nas po telefonie w OA, dowiedziałam się, że zamierzają zaprosić nas na spotkanie z przyszłymi rodzicami, my też mieliśmy takie spotkanie. Dowiedzieliśmy się czegoś. 
Chcą abyśmy trochę opowiedzieli bez szczegółów o samej drodze jaką przeszliśmy, chcą abyśmy pokazali, że mimo tak wielu trudnych chwil, stresów, łez, bo przecież też były, warto jednak podejmować takie decyzje. 
Bo warto <3 

Amelka uwielbia tą książeczkę z dźwiękami zwierząt.. najbardziej lubi Ko Ko ;)










7 komentarzy:

  1. Mamo Motylka, życzę Wam z całego serca, żeby to wszystko się wreszcie skończyło i żeby teraz czekały na Was i na Córcię już tylko i wyłącznie przyjemne rzeczy :)

    Zaproszenie z ośrodka to wielkie wyróżnienie - cieszę się, że panie dostrzegły w Was odpowiednich kandydatów do tak ważnej misji :)Pozdrawiam serdecznie i gratuluję roku spędzonego razem :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Z serca calego zycze Wam aby to spotkanie naprawde bylo tym obiecanym ostatnim, abyscie juz nie musieli miec w sobie tego leku i watpliwosci.
    Sciskam Was serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Z całego serducha życzę, aby 12 kwietnia był dniem definitywnego zamknięcia spraw formalnych. Bo to, że jesteście rodzicami Motylka nie ulega watpliwości :)

    Takie opowiadanie na spotkaniach to świetna sprawa, my byliśmy kilkukrotnie zapraszani. Wciąż na nowo można przeżywać te pierwsze razy z naszym dzieckiem i dać nadzieję tym, którzy wciąż czekają na swoje szczęścia.

    Mnóstwo miłości bije z tego postu.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana, jesteście mistrzami wytrwałości. Tak naprawdę zawsze z Twoich postów biła radość, mimo trudności. Nie przypominam sobie jakich większych chwil załamania. To miłość Amelki dawał Ci siły. Jesteście już na finiszu. Mam nadzieję, że sąd nie będzie robił już cyrków i za kilkanaście dni będziecie czekać na uprawomocnienie wyroku.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  5. Dotarlam pod nowy adres juz jakis czas temu, ale nie mialam czasu sie zameldowac. :)

    Przede wszystkim trzymam kciuki, zeby kwietniowa rozprawa byla juz ta ostatnia! Serio, jestescie najcierpliwszymi ludzmi pod sloncem!

    A przy okazji gratuluje zakupu domu! I czytam, ze caly zwierzyniec planujecie! Podziwiam, ja wymiekam z jednym psiurem, pies to czasem jak trzecie dziecko! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Doskonale wiem co przeżylaś, bo przeszliśmy przez podobną drogę z tym, że u nas w pewnym czasie mama biologiczna zglosiła się do pcpr-u z pomysłem odzyskania dziecka. Możesz sobie wyobrazić co wtedy przeżylam. Na szczęście na resztę dzialan zabrakło jej zapału, u nas trwało to dwa lata. Trzymam kciuki za pomyślność na rozprawie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jesteście wielcy! Trzymamy kciuki i mamy nadzieję, że u Was skończyło się równie pozytywnie, jak u nas. My mieliśmy o tyle szczęście, że korzystaliśmy z usług title="Kancelara Prawnicza">doświadczonej kancelarii.

    OdpowiedzUsuń